Aby zapewnić trwałość zdobyczom Unii Europejskiej i sprostać globalnym wyzwaniom naszych czasów, potrzebujemy duchowej jedności Europy, potrzebujemy europejskiego poczucia tożsamości.

Home » Bronisław Geremek » Teksty » Artykuły w gazetach » Człowiek w więzieniu (Gazeta Wyborcza, 15 lipca 2008)

Człowiek w więzieniu (Gazeta Wyborcza, 15 lipca 2008)

CZŁOWIEK W WIĘZIENIU

 

W sytuacji internowanego tkwi naruszenie ładu psychologicznego, intelektualnego - i w ogóle wszelkiego. Sytuacja wynaturzona, potworkowata, hybrydalna: ani to sytuacja więźnia, ani człowieka wolnego

W majestacie prawa ogłoszono jawne bezprawie, w realizowaniu polityki gwałtu i przemocy ustawicznie pojawia się troska o praworządność. W porównaniu do sytuacji więźnia - ten, kto ma doświadczenie więzienne okresu stalinowskiego czy kolejnych okresów "odnowy", zapewne nie jest w stanie traktować poważnie internowania jako uwięzienia - internowany dysponuje niezrównanymi swobodami i przywilejami. Nie wykluczam jednak wcale, że w internowaniu tkwi jakiś element aberracji i bezsensu, który wyostrza poczucie braku wolności. Jest jeszcze jeden element dodatkowy - więzienie jest światem zamkniętym, światem dla siebie wytwarzającym własne więzi i spójności. Internowanie chyba nie, a w każdym razie w znacznie mniejszym stopniu.

Refleksja, którą chcę tu zapisać, jest bez większego znaczenia, wyłącznie osobista i na pewno naiwna. Otóż obserwowałem więzienie - powiedzmy, bez troski o ścisłość słów, że przez dziurkę od klucza, chociaż w pudle dostęp do dziurki od klucza mają tylko "tamci" - z profesjonalnym zaciekawieniem. Więzienie z bliska, z tak bliska, widziałem po raz pierwszy. Porcja to była malutka, ale jednak: w ciągu minionych dwóch miesięcy kilka dni spędziłem w więzieniu w Iławie, kilka tygodni w baraku i dwa tygodnie w pawilonie specjalnym w Białołęce, jedną dobę w "loszku" KG MO na Puławskiej. Rozmowy z "kalifaktorami", kilka rozmów z więźniami przez mury spacernika i przez "lipo", nieco innych przygodnych kontaktów pozwoliły mi niektóre fakty i informacje z lektur zweryfikować, a także postawić parę pytań, o których w bezsenne, głodówkowe noce mogłem rozmyślać. A i na jaworzeńskich wywczasach doszło trochę więziennych opowieści kolegów o długim, wieloletnim stażu życia w kryminale.

Więzienie było do czasu wroniej wojny jedną z moich fascynacji. W waszyngtońskim muzeum sztuki nowoczesnej oglądałem bez końca wystawę Piranesiego "I carceri". Ale był to obraz więzień bez ludzi, a przynajmniej tak właśnie zachowałem je w pamięci. Chyba też wtedy, w 1978 r. - a może rok wcześniej? - czytałem Michela Foucault "Nadzorować i karać", książkę o narodzinach nowożytnego więzienia i systemu penitencjarnego. Zbieg okoliczności sprawił, że przed kilku tygodniami w więzieniu w Białołęce książka Foucault wpadła mi znowu w ręce (Krzysztof Ś. wrzucił ją do swojego sakwojażu, gdy go zabierano z domu do Białołęki). To już rzecz o ludziach - i świetna! - ale w mniejszej mierze o tych, których karano, a bardziej o ludziach, którzy więzienia i kary wymyślali oraz stosowali. Jest w tej książce przejmująca ilustracja, przedstawiająca wykład w więzieniu: profesorek w tużurku, na mównicy, opowiada o niebezpieczeństwach chorób wenerycznych, a audytorium składa się z więźniów zamkniętych w pojedynczych klatkach z otworem na twarz. Więzień jest właśnie przedmiotem - zamykania, karania, wychowania.

Kilka lat spędziłem w paryskich archiwach, odtwarzając losy życia ludzi, których społeczeństwo średniowieczne uważało za "zbędnych dla świata". W większości wypadków poznawałem ich życie na chwilę, zanim mieli je utracić, były to bowiem zeznania i akta procesów, które z reguły prowadziły na szubienicę. Więzienie pojawiało się tam nieustannie jako etap egzystencji. Pisałem, że więzienie było szkołą aspołecznego trybu życia i miejscem wytwarzania się trwałych więzi środowiskowych. Mogłem też więzienie opisać: inwentarze, regulaminy i instrukcje ukazują lochy, wilgotne lub na wpół zalane wodą piwnice, ciemnice, wieże. Ale była to właśnie wizja "przedmiotowa", z której nie było przejścia do rejestru podmiotowego, do egzystencji człowieka w więzieniu. Żaden dokument nie mówił o życiu w więzieniu. Paryska "Conciergerie" jest bardziej muzeum niż więzieniem, szuka się tam wspomnienia o Marii Antoninie, średniowieczne mury są martwe i nie działają na wyobraźnię. Przed kilkunastu laty zwiedzałem średniowieczną wieżę Sens, w której było kilka cel więziennych. Tam było inaczej: wśród wyrytych na ścianach napisów mogłem szukać podpisu Franciszka des Loges zwanego Villonem.

W celi pawilonu IV w Białołęce pierwszą moją lekturą były napisy wyryte na ścianach, na łóżkach, na parapetach. Obok nazwisk z "Solidarności" (była to tzw. cela przejściowa) były inne inskrypcje: "Arsen z Rembertowa", "Heniek z Pruszkowa. Benzynka", "Hitler z Woli". Potem pierwsze rozmowy przez okno: Geremek? Lawina [Anatol, nieżyjący już opozycjonista]? Nie znamy. Kto wy? Gdy odpowiadamy, że z "Solidarności", wszystko się wyjaśnia i to w dobrym kierunku: wiadomość do kolegów z Komisji Krajowej zostanie przekazana, z własnej inicjatywy sąsiednia cela przysyła nam więzienny skarb - herbatę, pytają się, czy nie potrzebujemy czegoś. Więźniowie coś zawdzięczają "Solidarności", wiedzą o tym i pamiętają. Akceptują naszą odmienność właśnie dlatego. Jest to jednak odmienność.

Zajmowałem się historią języków tajemnych, obserwowałem ich dzieje poprzez to, czego społeczeństwo przyzwoite o nich się dowiadywało, a więc przez kolejne demaskacje tajemnicy - od VIII po XX wiek, w Europie, Azji czy Afryce. Wszędzie ten sam, dość prymitywny sposób wytwarzania tajemnicy, te same ubogie techniki językotwórcze. Pasjonująca jest jednak przede wszystkim funkcja społeczna tego języka: mniejsze znaczenie ma tajemnica, zawodowa potrzeba szyfru, a znacznie większe - potrzeba wewnętrznej więzi społeczności więziennej czy też przestępczej, potrzeba odróżnienia się od innych.

Wielokrotnie już opisywano funkcjonowanie grypsery w więzieniach, podział na grypsujących i niegrypsujących, naukę grypsery jako formę inicjacji więziennej, wykluczenia z grypsery, sprawność w posługiwaniu się grypserą jako sposób rozpoznawania się swoich. W stosunkach z nami więźniowie na ogół nie rezygnowali z używania grypsery, ale starali się nam pomóc w zrozumieniu ich. Gdy widzieli, że nie rozumiem pytania "czy dziś szamacie?", pytali: "czy dziś głodujecie?". Nie mogli jednak "przetłumaczyć" pytania dosłownie i zapytać "czy dziś jecie?". Bo im tego nie wolno, bo kodeks środowiskowy tego zabrania.

Kodeks ten zabrania wielu rzeczy, które naruszają zasady - paradoks to tylko pozorny - ludzkiej uczciwości, solidarności, koleżeństwa. Jest tu pesymizm moralny - wszystko skłania ku naruszaniu tego kodeksu, możliwości karania za to są ograniczone. Wśród kar najskuteczniejszą i najpewniejszą jest odtrącenie, skazanie na wykluczenie ze społeczności. Cały świat stosunków między ludźmi, norm, ocen, zachowań się jest skrajnie zredukowany i uproszczony. Można w nim dostrzegać wyłącznie imitację stosunków panujących w zorganizowanym społeczeństwie, byłoby to jednak tylko półprawdą. Występuje tu raczej odwołanie się do podstawowych odruchów, warunkowanych gdzieś tam między biologią a psychologią, słabo zakorzenionych w kulturze.

Hierarchia ludzi ustalana jest na zasadzie milczącego consensusu. Siła, zręczność, doświadczenie leżą u jej podstaw. Liczy się sława, a więc opinia innych. Nie widać odwołania się do poczucia winy, do wartości wewnętrznych. Ważny jest "wyczyn". Niektórzy więźniowie nie mówili nic o sobie, nie odpowiadali na zadane w tej sprawie pytanie - bo pewnie nie należało o to pytać. Inny odpowiedział, ale też później przyniósł sentencję wyroku - w ten sposób pewnie potwierdzał, że jest "w porządku", ale może także uwiarygodniał rozmiary wyczynu, o którym opowiadał (chodziło o aferę dewizowo-fałszerską). Natomiast o innych opowiadali zarówno gadatliwi, jak i małomówni bez skrępowania - ale właśnie w kategoriach wyczynu. Nie tylko rozmiary i sposób tego, co zrobili, tak były oceniane, ale także to, co władza im zrobiła. Antropolodzy dostrzegają takie postawy w kulturach barbarzyńskich, ja obserwowałem je w kulturze zarówno rycerstwa, jak i band rozbójników w średniowiecznej Europie.

Zastanawiające też jest znaczenie kryterium czystości i skalania. W Białołęce, gdzie nie było wody bieżącej, kalifaktorzy przynosili wiadra wody pod cele. W wypadku naszej celi - wiedzieli, że jesteśmy osłabieni głodówką - wnosili wiadra do celi i wynosili puste. Gdy jednak puste wiadro stało na misce klozetowej, nie wzięli go. Wytłumaczyli: nie należy dotykać kibla. Podobne zasady "skalania" dotyczą stosunków z niższą kategorią więźniów - to już wiem tylko z lektury oraz z opowieści więziennych Karola M. (w 1967 r.) i Stefana N. (sprzed kilku dni) - nie wolno ich dotykać, jeść z tej samej miski. Wydawało mi się, że więźniowie byli zdziwieni, że nie znaczymy naszych "platerów" i nie odróżniamy ich.

Nie chodzi tu o higienę, to rzecz oczywista. Wydzielenie "niedotykalnych" pariasów, obawa przed skalaniem, obawa przed pewnymi słowami naruszającymi więzienne czy przestępcze tabu - strach przed skalaniem sui generis: przez słowo - to elementy towarzyszące tworzeniu się zamkniętej i zhierarchizowanej społeczności. Wyraźna analogia do społeczeństwa kastowego - tak wyraźna, że wydawać mogłaby się świadoma - świadczy o tym, jak uniwersalne znaczenie ma system kastowy. Ma rację Louis Dumont. System kastowy jest organizacją społeczną par excellence.

W ten sposób można obserwować proces formowania się i funkcjonowania zamkniętej społeczności - niemal obserwacja eksperymentu in vitro. Jest jednak coś odpychającego w takiej obserwacji - właśnie to, że sprowadza ona zachowania się grupy ludzkiej do poziomu socjobiologicznego. Może wynika to ze zbyt zewnętrznego charakteru obserwacji? A już na pewno - i to jest błąd do naprawienia - ze zbyt krótkiego czasu obserwacji.

BRONISŁAW GEREMEK

Jaworze, 19 lutego 1982 r.

Tekst ten to fragment sporządzonej w lutym 1982 r. w obozie internowania w Jaworzu księgi pamiątkowej ku czci Władysława Bartoszewskiego z okazji 60. rocznicy urodzin i 40-lecia pracy pisarskiej. Do księgi wpisało się kilkudziesięciu współinternowanych. Niektórzy pisali dwa, trzy zdania, niektórzy wiersze. Prof. Bronisław Geremek napisał krótki esej. Całość miała postać szkolnego brulionu, a teksty to rękopisy. W 2006 r. Świat Książki wydał całość wraz z dziennikiem prof. Bartoszewskiego

Gazeta Wyborcza nr 164, wydanie  z dnia 15/07/2008 „BRONISŁAW GEREMEK 1932-2008”

GW

 Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.


© Archiwum GW 1998,2002,2004