Aby zapewnić trwałość zdobyczom Unii Europejskiej i sprostać globalnym wyzwaniom naszych czasów, potrzebujemy duchowej jedności Europy, potrzebujemy europejskiego poczucia tożsamości.

Home » Bronisław Geremek » Teksty » Artykuły w gazetach » Esej Bronisława Geremka. Czy jedność europejska istnieje (Gazeta Wyborcza, 19 lipca 2008)

Esej Bronisława Geremka. Czy jedność europejska istnieje (Gazeta Wyborcza, 19 lipca 2008)

Europa wielu ojczyzn

Rozszerzenie czy zjednoczenie?

Spory o słowa zarówno w politycznych debatach, jak i w życiu wyrażają rzeczywiste napięcia. Słowo "rozszerzenie" w europejskim dyskursie pojawiło się dość późno. Nie miało zastosowania ani w odniesieniu do wspólnoty europejskiej na etapie jej kształtowania, ani też do zimnowojennej rzeczywistości świata podzielonego w pojałtańskim porządku na dwa przeciwstawne bloki.

Na samym początku Francja i Niemcy, aby zlikwidować przyczyny nowożytnych konfliktów, porozumiały się w kwestii wspólnego zarządzania węglem i stalą, co stanowiło pierwszy krok do pojednania. To ostatnie słowo ma swoją rangę, odnosi się bowiem do wieków wzajemnej wrogości, wojen i nienawiści. Listy poległych wywieszane we francuskich merostwach, cmentarze w obu krajach, dzieła literackie napisane w obu językach tworzą bariery dla pamięci, które wydają się nieprzekraczalne.

A jednak dzięki woli politycznej Francuzów zdecydowanych nie dopuścić do powtórzenia błędów popełnionych w Wersalu, ale też dzięki niemieckiemu poczuciu winy, porozumienie francusko-niemieckie stało się faktem. Czy zatem w owych wydarzeniach roku 1950 upatrywać należy sposobu zwrócenia się ku przyszłości i odwrócenia od przeszłości, czy też może przezwyciężenia historii?

Marsylianka śpiewana pospołu przez gaullistów i komunistów zasiadających w Zgromadzeniu Narodowym kilka lat później, po głosowaniu, w którym odrzucono projekt utworzenia europejskiej wspólnoty obronnej, mogła wywołać wrażenie, że owo przezwyciężenie historii było jedynie iluzją. Jednak traktaty rzymskie z 1957 r. ustanawiające wspólnotę europejską zaledwie rok po zdławieniu powstania na Węgrzech dały wyraz politycznej woli zjednoczenia. Choć przestrzeń wolnego handlu i inicjatywy współpracy w kluczowych dziedzinach nie jawiły się jako element konstrukcji politycznej, to jednak poczucie zakorzenienia sześciu krajów założycielskich we wspólnej historii było niezaprzeczalne.

Wspólnota deklarowała otwarcie na wszystkie pozostałe państwa europejskie - formuła zadziwiająca śmiałością i rozmachem: "pozostałe państwa europejskie" nie mogły nawet marzyć o przyłączeniu się do niej lub też wcale tego nie pragnęły. Sukces przedsięwzięcia wzmocnił wolę otwarcia wspólnoty na nowych członków. W miarę kolejnych rozszerzeń podwoiła ona ich liczbę. Pośród nowych akcesji szczególne znaczenie historyczne miało przyjęcie Hiszpanii, Portugalii i Grecji, bo stanowiło ukoronowanie upadku dyktatur w tych państwach i doprowadziło do postrzegania wspólnoty jako nie tylko wspólnego rynku, ale też organizacji politycznej odwołującej się do wspólnych wartości.

Przystępowanie do wspólnoty nowych krajów na porządku dziennym stawia problemy adaptacyjne i finansowe. Francuska opinia publiczna obawiała się wejścia Hiszpanii, jednego z jej wielkich sąsiadów i równie wielkiego producenta rolnego. Z kolei przyjęcie Grecji, pierwszego kraju prawosławnego, wywołało pewne obawy kulturowe. Ogólnie rzecz biorąc, rozszerzenia te nie zagrażały jednak stabilności wewnętrznej, tym bardziej że były rozłożone w czasie.

To u kresu zimnej wojny Unia Europejska stanęła przed koniecznością udzielenia odpowiedzi na oczekiwania państw wyzwolonych z komunizmu. Zapewne dla Unii była to sytuacja podobna do zaistniałej po upadku dyktatur w Hiszpanii, Portugalii i Grecji. Państwa te reprezentowały jednak mimo wszystko porównywalny poziom rozwoju gospodarczego do założycielskich, tym bardziej że były to gospodarki rynkowe. Przystąpienie Zjednoczonego Królestwa, długo blokowane przez Francję, podało w wątpliwość ideę ewolucji Unii w stronę modelu federalistycznego. Były to jednak tylko problemy dostosowawcze, podczas gdy rok 1989, ów annus mirabilis [cudowny] europejskiej historii, zupełnie zaskoczył Europę i oznaczał bezprecedensowy wstrząs dla formuły i przebiegu europejskiej integracji. Był to kluczowy moment europejskiego zjednoczenia, jednak Europa nie była na to przygotowana ani politycznie, ani psychologicznie.

Można było sobie wyobrażać, że Europa potraktuje to nowe wyzwanie w kategoriach zjednoczeniowych, tak jak uczyniły to Niemcy, które potrafiły przezwyciężyć wzajemną nieufność i obawy mieszkańców wschodnich i zachodnich landów. Społeczeństwa Europy Zachodniej obawiały się, że koniec wyznaczonego przez graniczne zasieki i obecnego w umysłach obywateli podziału na dwa obozy polityczne może doprowadzić do migracji ludności na poziomie porównywalnym do późnego średniowiecza i zagrozić dobrobytowi.

Radość płynąca ze zjednoczenia nie była więc podzielana przez wszystkich. O północy 1 maja 2004 r., 15 lat po historycznych przemianach, tysiące Polaków spoglądało ze łzami w oczach na europejską flagę powiewającą tuż obok państwowej. Tego dnia uczucie radości podzielali obywatele wszystkich krajów postkomunistycznych przystępujących do UE, jednak nie było ono powszechne w społeczeństwach starej Unii.

Wróćmy do problemu słów: termin "rozszerzenie" należał do dyskursu technicznego, który nie mógł wzbudzać emocji poza elitami unijnych władz. Na Wschodzie wszechobecna była radość płynąca z przystąpienia do wspólnoty państw, definiowanej przez ich przywiązanie do wolności, poczucie przynależności do wspólnoty historycznej i wspólnego projektu przyszłości. Przystąpienie wszak stanowiło wyraz woli narodów potwierdzonej często na drodze referendów krajowych. Narody te nie uważały się za bierne przedmioty "rozszerzenia" wspólnego rynku czy też przemieszczenia słupów Herkulesa, ale za aktywnych promotorów europejskiej jedności.

Wejście nowych państw do Unii w 2004 i 2007 r. jest więc aktem zjednoczenia europejskiego, nie zaś rozszerzeniem przestrzeni działania prawa europejskiego. To wydarzenie o znaczeniu historycznym. W 60 lat po zakończeniu II wojny światowej doszło w ten sposób do uformowania nowego porządku europejskiego, który zrywał z dziedzictwem tej wojny i kładł mu kres. Powstanie jednolitego rynku, wprowadzenie wspólnej waluty i przyjęcie do UE dawnych "demokracji ludowych" stanowią decydujące etapy integracji europejskiej.

Horyzont analizy politycznej z natury opiera się na krótkim wymiarze czasowym, a jednak "rozszerzenie Unii Europejskiej na Wschód" wyznaczyło cele długoterminowe. Poza podziałami politycznymi wprowadzonymi na mocy decyzji jałtańskich należy dostrzec także wielowiekowe tendencje rozwoju Europy, które odróżniają zachód od wschodu kontynentu.

W ciągu wieków uformowały się dwie wielkie granice: najpierw karoliński limes, który wytworzył na tyle głębokie podziały kulturowe, że można je odnaleźć także w pierwszych granicach Wspólnoty Europejskiej, następnie zaś granica na Łabie, którą historycy uznają za linię podziału w rozwoju gospodarczym Europy. To właśnie ta druga granica, na długo przed konferencjami międzynarodowymi ustalającymi porządek po II wojnie, dokonała głębokiego cięcia na ciele Europy.

W Europie Zachodniej od początku epoki nowożytnej kształtuje się model gospodarczy charakteryzujący się zniesieniem poddaństwa chłopów, dynamiczną urbanizacją i narodzinami kapitalizmu przemysłowego. Na wschód od tej granicy przeważa inny model: społeczeństwa mają bardziej rolniczy charakter, na przeważającym obszarze dominuje wtórne poddaństwo chłopów, następuje wzrost roli szlachty latyfundialnej i bardzo wolna industrializacja.

Różnice dotyczą także modelu politycznego i społecznego. Na Zachodzie obserwuje się uparty marsz ku wolności, pojawienie się systemu przedstawicielskiego i społeczeństwa politycznego, podczas gdy na Wschodzie zjawiska te występują sporadycznie.

W Europie Środkowej - w Czechosłowacji, w Polsce i na Węgrzech - współistnieją ze sobą obydwie tendencje. Ale wszystkie kraje, które stały się przedmiotem rozszerzenia Unii na Wschód, były zapóźnione w stosunku do Zachodu zarówno pod względem rozwoju gospodarczego, jak i ewolucji politycznej: wzmocnienie systemu parlamentarnego i społeczeństwa obywatelskiego na Zachodzie kontrastowało z tendencjami autorytarnymi i strukturalną słabością agory na Wschodzie. Reżim sowiecki narzucony narodom Europy Wschodniej pogłębił tylko te różnice.

Pamięć, czyli fundament

Odważna i ryzykowna decyzja o rozszerzeniu, prowadzonym w inteligentny sposób przez instytucje UE i zadziwiająco skutecznie przez rządy krajowe, otworzyła bramy Unii ośmiu państwom postkomunistycznym oraz Cyprowi i Malcie. W pierwszej fazie negocjacji prowadzonych po 1989 r. dopuszczono jedynie możliwość uprzywilejowanego członkostwa typu stowarzyszeniowego, z perspektywą akcesji jedynie dla Polski, Węgier i Czechosłowacji. Grunt pod ostatni etap negocjacji (rozpoczęty 30 marca 1998), które doprowadziły do przyjęcia 1 maja 2004 r. dziesięciu nowych członków, przygotował program PHARE oraz Strategia Partnerstwa dla Członkostwa.

Były to negocjacje prowadzone przez aparaty biurokratyczne i prawdopodobnie nie mogło być inaczej. Bywało, że przybierały charakter upokarzający dla krajów kandydackich, tak przynajmniej odczuwała to opinia publiczna - nikt nie lubi być egzaminowany i dotyczy to w równym stopniu jednostek, jak i narodów.

Komunikacja nie była mocną stroną negocjatorów i opinia publiczna zarówno w starych państwach członkowskich, jak i w kandydujących była słabo informowana. W czasie owej "matury narodowej" zbyt mało miejsca poświęcono na dialog polityczny, zagadnienia kultury i edukacji, problemy innowacji czy zaawansowanych technologii, zupełnie jak gdyby wszystko to pozostać miało przywilejem państw starej UE, poza zasięgiem i możliwościami państw kandydackich.

Jednak negocjacje te, jak i mechanizmy pomocowe opracowane przez UE, zasługują na pozytywną ocenę - przynajmniej jeśli chodzi o rozszerzenie roku 2004. Za negocjacjami krył się wytężony i szczery wysiłek kandydatów na rzecz jak najszybszego marszu w stronę gospodarki rynkowej. Nawet najwięksi sceptycy czy też najbardziej ostrożni analitycy transformacji gospodarczej przyznają, że kraje Europy Środkowej, które po 1989 r. doświadczały przez kilka lat spadku PKB, odzyskały jednak równowagę i cieszyły się aż do 2004 r. wskaźnikiem wzrostu porównywalnym do unijnego. Po wstąpieniu do UE wyniki gospodarcze tych krajów uległy zdecydowanemu polepszeniu.

A jednak w 2004 r. uznany analityk mógł stwierdzić: "Liryczna iluzja obecna po upadku muru berlińskiego ustąpiła licznym symptomom trwałego i wielopostaciowego kryzysu. Jeśli dziesięć lat temu transformacja mogła oznaczać wolność, dziś zdaje się raczej oznaczać masowe ubóstwo, zagrożenie zdobyczy socjalnych Europy Zachodniej przez presję delokalizacji [zaprzestanie działalności przedsiębiorstwa w jednym kraju i rozpoczęcie jej za granicą], zorganizowanej przestępczości i mafii".

Cztery lata później z całą mocą stwierdzić można, że skutki negatywne rozszerzenia były zaledwie przejściowe i że trudności gospodarcze i społeczne powoli ustępują. Nawet jeśli jeszcze za wcześnie na bilans transformacji i rozszerzenia, wydaje się, że okażą się one korzystne zarówno dla starych, jak i nowych państw członkowskich.

Powoli na horyzoncie życia codziennego obywateli zadomawia się europejska jedność. Różnice pozostają głębokie na płaszczyźnie psychologii zbiorowej. Europejskiemu Wschodowi i Zachodowi nie udaje się "zsynchronizować" swoich doświadczeń historycznych i rozpocząć procesu kształtowania pamięci zbiorowej. Na etapie formowania narodów europejskich istotną rolę odegrało ustanowienie spójnego przekazu historycznego, począwszy od legend założycielskich, aż po upadek kultur i dialektów lokalnych oraz powstanie państwa unitarnego.

Nic takiego nie ma miejsca na szczeblu europejskim: Unia nie próbowała dotąd odwoływać się do swej historii, tworzyć własnego przekazu historycznego, kształtować poczucia wspólnoty losów. I, de facto, wcale tego nie potrzebowała. Wspólnota gospodarcza nie potrzebuje odniesienia do historii. Tymczasem wspólnota polityczna, obejmująca wymiar wspólnego bezpieczeństwa i obrony, jest nie do pomyślenia bez odwołania do wspólnych doświadczeń, do wiktorii i klęsk, które uformowały ludzką pamięć.

Historia najnowsza - a więc XX wiek - pozostaje przyczyną podziału Europy. Dla Europy Zachodniej II wojna to przede wszystkim heroiczna konfrontacja państw alianckich i ZSRR z III Rzeszą. Dla Europy Środkowej Armia Czerwona to przede wszystkim najeźdźca. Dla Polski początek wojny wyznaczyła napaść Niemiec 1 września 1939 r. Dla trzech krajów bałtyckich - sowiecka inwazja zakończona inkorporacją do ZSRR. Nie dziwmy się więc, że pamięć tych krajów naznaczona jest tymi wydarzeniami. Europejczycy z Zachodu wiedzą o tym niewiele, by nie rzec - nic.

Dzieło integracji europejskiej dokonywane w drugiej połowie XX w. zasługuje na podziw. Jednocześnie jednak "na wschód od Łaby" poddaństwo przybrało jedynie inną formę: totalitarne imperium zniewoliło narody Europy Środkowej i Wschodniej. Od wydarzeń w Berlinie w 1953 r. po rok 1989 opór przeciwko narzuconemu z zewnątrz reżimowi ukazał niegasnącą tęsknotę do wolności. Ta historia walki o wolność, symbolizowana przez rewolucję węgierską 1956 r., Praską Wiosnę i "Solidarność", nie jest częścią europejskiej pamięci zbiorowej.

Nawet jeśli koniec zimnej wojny zaskoczył Europę, potrafiła ona stawić czoła wielkiemu wyzwaniu zjednoczenia gospodarek, systemów prawnych i administracji. Jednak praca nad zjednoczeniem pamięci pozostaje do wykonania. Ten problem nie może być traktowany jako część różnorodności kulturowej charakterystycznej dla Europy - pamięć zbiorowa jest fundamentem poczucia wspólnej tożsamości.

Obok Monneta - Wałęsa

"Zmęczenie rozszerzeniem" obserwowane w europejskiej opinii publicznej jest złym doradcą w myśleniu w kategoriach przyszłościowych. Przerwa w procesie rozszerzania została wymuszona siłą rzeczy, ale nie trzeba robić z tego filozofii politycznej. Z wyjątkiem Chorwacji żaden inny kraj nie ma szans na przystąpienie do Unii w bliskiej przyszłości. Później nadejdzie kolej na Macedonię, Bośnię i Hercegowinę, Serbię i Kosowo, być może także Albanię, choć są na to niewielkie szanse przed rokiem 2020. To zresztą najwcześniejszy moment, kiedy można pomyśleć również o przyjęciu Turcji, która otworzyła negocjacje w sprawie przystąpienia w 2005 r., a także krajów Europy Wschodniej, które zadeklarowały chęć przystąpienia do Unii.

Podejmowanie obecnie debaty na temat tych oczekiwań wydaje się jednak bezprzedmiotowe, bo z jednej strony nie mamy pojęcia, czym stanie się Unia ok. 2025 r., z drugiej zaś nie wiemy, jakie będą wtedy zamiary państw kandydackich. Niemniej już same negocjacje powodują uspokojenie sytuacji w tych regionach, a także inspirują i wspierają proces modernizacji. Naleganie na wytyczanie "granic Europy" może jedynie stać się pożywką dla zapędów populistycznych, bo granice te wyznaczyły geografia i historia. Co zaś do Unii - może ona przesuwać swe granice w duchu zasady zapisanej w traktacie rzymskim: "każdy kraj europejski" ma prawo ubiegać się o przyjęcie, podczas gdy Unia uzależnia swą decyzję od zdolności spełnienia przezeń kryteriów kopenhaskich [uchwalonych na szczycie unijnym w 1993 r.], pozytywnego przebiegu negocjacji i własnej zdolności do przyjęcia nowych członków.

Nie ma żadnej potrzeby, by wracać do projektów tworzonych w przeddzień upadku muru berlińskiego, których motywacją był strach przed rozszerzeniem. Obawy, że "nowi barbarzyńcy" stoją u bram Unii, popychały ku pomysłowi wprowadzenia różnych poziomów integracji wewnątrz Wspólnoty, łamiąc zasadę równości państw członkowskich: ten pomysł pojawił się wówczas w łonie niemieckiej chadecji i zdaje się być dziś podejmowany w tym samym środowisku. To nie mogłoby służyć interesom Unii, wprost przeciwnie - znacznie by ją osłabiło. Unia może posuwać się naprzód jedynie w oparciu o podejście pragmatyczne, uzupełnione jednak o wizję przyszłości. Należy także skupiać się na nadziejach, nie zaś na obawach.

W obliczu wyzwań globalizacji Unia wskrzesić musi swój innowacyjny charakter, rozwijać zaawansowane technologie, gwarantować trwały wzrost gospodarczy, zapewnić należne sobie miejsce w świecie edukacji i wiedzy. Musi także zyskać wymiar polityczny, który działałby nie tylko na jej korzyść, ale także na korzyść innych, swoją "miękką siłę" polegającą na atrakcyjności jej modelu politycznego i kulturowego, bezkompromisowym przywiązaniu do demokracji i państwa prawa, jak również właściwy jej kosmopolityczny model społeczeństwa otwartego. Konieczne jest także wypracowanie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, jak również niezbędny potencjał militarny. I wreszcie potrzebuje nowych polityk solidarności, które zdolne byłyby zapewnić jej zarówno bezpieczeństwo energetyczne, jak i socjalne.

Trzeba zrozumieć gorycz tych, którzy ubolewają, że Unia kilkakrotnie zaprzepaściła szansę na realizację projektu federalistycznego. Jednak Europa z natury jest dziełem niedokończonym, a pośpiech nie jest dobrym doradcą. Zaakceptujmy Europę taką, jaka jest: "federację państw narodowych". Monteskiusz mawiał, że Europa jest narodem złożonym z wielu narodów. Możemy dodać, że może stać się ojczyzną złożoną z wielu ojczyzn. Wymagać to jednak będzie pracy nad europejskim duchem.

Mówi się, że projekt europejski ojców założycieli integracji, w sposób naturalny sformułowany wokół idei pokoju, stracił siłę przyciągania w oczach młodych pokoleń, które nie wiedzą, czym jest wojna. Badania opinii publicznej nie potwierdzają tej tezy. Pierwsze skojarzenie z Europą to pokój (ostatni raport Dominique Reynie z 2008 r. daje tego dowód). Tak więc Europa polityczna nie jest jeszcze stracona!

Co czynić zatem? Moja odpowiedź to przyznanie priorytetu edukacji europejskiej i obywatelstwu europejskiemu. Czasem przeciwstawia się sobie pogłębienie i rozszerzenie. Myślę jednak, że jedno powinno iść w parze z drugim i że właśnie w obu tych dziedzinach pogłębienie może zostać osiągnięte.

Ignorowanie historii zostawiłoby populistom pole do wykorzystania jej w celu szerzenia nienawiści i niezgody. Czy tego chcemy, czy nie - współczesność zakorzeniona jest w europejskiej przeszłości. Nie można pozwolić, aby odmienna świadomość historyczna poróżniła europejski Wschód i Zachód, aby pamięć pozostawała podzielona. Jedynym sposobem na zmianę tej sytuacji jest wprowadzenie oddzielnych, czasem nawet sprzecznych, przekazów do wspólnej edukacji. Gułag powinien być tak samo rozpoznawany jak nazistowskie obozy zagłady, zbrodnie III Rzeszy nie powinny przysłaniać zbrodni Związku Sowieckiego. Trzeba, by w opowieści o tworzeniu europejskiej jedności u boku Jeana Monneta czy Altiera Spinellego znalazło się miejsce dla Lecha Wałęsy i Vaclava Havla.

Można to osiągnąć, opierając nauczanie europejskiej historii na wspólnym wątku, to znaczy na europejskim duchu. Mamy podręczniki historii opracowane przez państwa sąsiedzkie, niegdysiejszych wrogów, tak by nauczanie służyło także dziełu pojednania, ale nie mamy jeszcze podręczników prezentujących cywilizację europejską, zdolnych zapewnić wszystkim obywatelom Unii wyrównany poziom wiedzy.

Nie należy jednak ograniczać tej pracy edukacyjnej wyłącznie do szkół. Jest dla niej miejsce także w mediach i filmach, w przypadku pomników historycznych i gier historycznych. Historyk Timothy Garton Ash we wspaniały sposób przekazuje za pośrednictwem internetu wiedzę o historii europejskiej. Potrzebujemy setek inicjatyw tego rodzaju, gromadzących całą pamięć europejską.

Aby tożsamość europejska nie była pojmowana jako próba koncentracji na sobie samej, oddzielania lub wyłączania innych, musimy karmić ją historią i próbować zrozumieć, dlaczego europejskie narody chcą żyć pospołu. Pomocne przy tym będzie konfrontowanie ze sobą różnych historii oraz stworzenie tzw. European narrative.

Drugi aspekt dotyczący europejskiego obywatelstwa ma ze zrozumiałych względów kluczowe znaczenie dla powstania poczucia przynależności do wspólnoty politycznej. Wiele już zostało osiągnięte w tej dziedzinie. System Schengen, zniesienie granic i opłat celnych, stypendia Erasmusa, zapowiedź utworzenia wspólnych konsulatów i przedstawicielstw dla obywateli UE w państwach trzecich, ujednolicenie paszportów i dowodów tożsamości... Tak często krytykowana wspólna polityka rolna także ma tu swoje miejsce - "brukselskie pieniądze" przekonują rolników, że obywatelstwo europejskie przynosi im konkretne korzyści. To w ten sposób, na drodze doświadczania prawdziwej solidarności, kształtuje się duch europejski.

Pozostaje tylko, aby definiowanie prawne obywatelstwa europejskiego przez pryzmat obywatelstwa państwa członkowskiego nie stworzyło poczucia, że narzuca się tu nowe, specyficzne prawa i obowiązki. Należałoby zastanowić się, jak, na podobieństwo pojęcia civis romanus [obywatela rzymskiego] w starożytności, wypełnić to pojęcie konkretną treścią. Trzeba mieć do dyspozycji określone polityki i fundusze skierowane bezpośrednio do obywateli. Np. nowy europejski fundusz mógłby zapewnić każdemu obywatelowi możliwość nauki lub studiów także po przekroczeniu wieku edukacji szkolnej i uniwersyteckiej, tak by umożliwić odnawianie potencjału zawodowego i dostosowanie do nowego typu pracy; byłby to rodzaj Erasmusa dla pracowników.

W kontekście obywatelstwa ująć można także rozszerzenie i pogłębienie udziału obywateli w procesie podejmowania unijnych decyzji. Wpływ ten pozostaje obecnie bardzo ograniczony, nikły w porównaniu z aktywnością obywatelską, jaką umożliwiają ramy krajowe.

Istnieje państwo, które ma doświadczenia w obu tych dziedzinach: edukacji narodowej i uczestnictwa obywatelskiego, i które mogłoby zapoczątkować ewolucję Unii we właściwym kierunku. To Francja. Dlaczego więc nie zaproponować w 2008 r. kilku konkretnych inicjatyw, które wpłynęłyby na kierunek ewolucji Unii?

Nie należy ograniczać integracji europejskiej do pracy nad tworzeniem superpaństwa, które wykraczałoby poza narodowe ramy historii Europy. Integracja nie jest wymierzona w narody. Europa definiuje swą naturę i założenia krok po kroku. Niedokończona, jaką jest, Europa jawi się wbrew wszelkim przeciwnościom jako "potęga", jako "ojczyzna" i jako "wspólnota".

BRONISŁAW GEREMEK

PRZEŁ. Z FRANCUSKIEGO EWA STOLARCZYK-MAKOWSKA

Gazeta Wyborcza nr 168, wydanie  z dnia 19/07/2008 - 20/07/2008

Niepublikowany nigdzie, powstały w maju br., artykuł Bronisława Geremka, który drukujemy z niewielkimi skrótami, znajdzie się w książce "Notre Europe". Ma się ona ukazać we wrześniu pod redakcją Michela Rocarda i Nicole Gnesotto nakładem wydawnictwa Robert Laffont.

Tytuł tekstu od redakcji "Gazety"

GW

Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.


© Archiwum GW 1998,2002,2004