Aby rozpocząć wyszukiwanie, wpisz poszukiwane wyrażenie.

Aby zapewnić trwałość zdobyczom Unii Europejskiej i sprostać globalnym wyzwaniom naszych czasów, potrzebujemy duchowej jedności Europy, potrzebujemy europejskiego poczucia tożsamości.

Home » Aktualności » Pełny zapis wykładu "Polski katolicyzm polityczny", prof. Zbigniewa Mikołejko

Pełny zapis wykładu "Polski katolicyzm polityczny", prof. Zbigniewa Mikołejko

Zapraszamy do lektury

7 lutego 2017. Fundacja im. prof. Bronisława Geremka

 

Chciałbym z Państwem pomówić o katolicyzmie polskim w sposób strzępiasty, sygnalizując tylko niektóre wątki, odbiegając od obiegowych stereotypów a jednocześnie przywołując je po to, żeby się z nimi zmierzyć.

Pozwolę sobie zacząć od odwołania do pewnego tekstu. W 2013 roku wyszła praca zbiorowa pod redakcją niedawno zmarłej profesor Marii Jarosz. Praca bardzo istotna z różnych względów. Rzecz się nazywa "Polskie Bieguny" wydał ją Instytut Nauk Politycznych Polskiej Akademii Nauk. W tej pracy znajduje się mój tekst o religii smoleńskiej.

Z rozmaitych względów mój tekst dotyczy katolicyzmu jako całości ponieważ religia smoleńska jest pewną jego funkcją, wymiarem czy przejawem. Więc jeśli zechcecie Państwo w łaskawości swojej do niego sięgnąć, a to jest tekst długi i gęsty, który zawiera wywody bardziej gruntowne, mocniej uzasadnione, rozwinięte i szczegółowe.

A jeśli chodzi o rzecz dzisiejszą to zacznę od przypomnienia własnego tekstu. W 1991 lub 1992 roku, czyli u progu naszej świeżo odzyskanej swobody, napisałem dla Gazety Wyborczej tekst „Teodemokracja czyli pokusa peryferii”. Słowo teodemokracja jest tutaj bardzo istotne. To nie jest moje pojęcie, to pojęcie francuskiego myśliciela o gruzińskim rodowodzie Georgesa Szazrsezi, który stwierdził, co następuje: w pewnych państwach peryferyjnych takich jak Gruzja, takich jak Izrael, czy takich jak Polska zaczyna objawiać się przeświadczenie, że demokracja nie jest wartością autonomiczną. Demokracja zgodnie z tym przeświadczeniem wymaga uzasadnienia w jakimś innym, szerszym porządku. W porządku wartości, w porządku światopoglądowym, w jakiejś transcendencji czy też porządku religijnym. Demokracja w tym myśleniu jest oktrojowana, jest mocno ograniczona ponieważ jej źródeł szuka się poza nią samą.

Tu rodzi się pytanie: któż ma stać na straży tego religijnego źródła, aby demokracja w owej religijnej przestrzeni wiary była należycie zakorzeniona? Odpowiedź jest jasna instytucja: synagoga, kościół, cerkiew.

Wydawałoby się, że w pierwszych latach naszej demokracji na tym właśnie polegały zmagania pomiędzy stającym się właśnie wolnym państwem a kościołem. Czasem były one bardzo konfliktowe, tak jak zdarzyło się kilka razy za rządów premiera Bieleckiego, a czasem bardziej łagodne, ale cały czas była widoczna pokusa teodemokracji, czyli zakorzenienia demokracji w porządku religijnym strzeżonym przez kościół.

Dzisiaj nastąpiło jednak coś szczególnego. Odnoszę wrażenie, że w dialektyce państwo-kościół w zasadzie teodemokratycznej, do której się na wstępie odwołałem, nastąpiło pewne odwrócenie. Ja mam wrażenie, że jesteśmy właśnie świadkami, że przeżywamy skutki tego odwrócenia. Ono nie do końca się jeszcze dokonało. Bo oto żyjemy, tak mi się wydaje, w takim oto momencie, że pewien segment rzeczywistości politycznej i świeckiej, że pewna struktura polityczna przejmuje funkcję kościoła.

I to jest zasadnicza radykalna zmiana. Niby kościół dostaje jakieś apanaże, przywileje, szersze możliwości działania, ale on staje się coraz bardziej zależny od partii politycznej, od pewnego środowiska politycznego, które chce jeszcze czegoś więcej. Na razie zawieszę ten wątek i postaram się poszukać odpowiedzi, dlaczego to jest możliwe. A to jest możliwe dlatego, że w przestrzeni życia religijnego w Polsce po 1989 roku dokonują się zmiany w przyspieszonym tempie w porównaniu do tych, których doświadczał zeświecczony Zachód. Polska się sekularyzuje, staje się w swoim życiu codziennym coraz bardziej świeckim krajem. Staje się krajem, powiem to bardzo wyraźnie, pustoszejących kościołów. Do tego stopnia, że można powiedzieć - i ja tę tezę wygłaszałem parokrotnie w różnych miejscach-, że Polska staje się krajem pustych kościołów, tak jak to się stało na Zachodzie. Co staje się z krajem, w którym katolicyzm jako religia staje się religią radykalnie już mniejszościową? To wynika z badań samego kościoła prowadzonych przez Instytut Ojców Pallotynów. Na czym to polega? Otóż podstawowym wskaźnikiem systematyczności czy regularności życia religijnego jest wskaźnik, który się nazywa dominikantes. Chodzi o ludzi, którzy co niedzielę chodzą do kościoła.

W Polsce w ostatnich dwóch latach wskaźnik ten spadł poniżej sztywnych, ostatnio 40% i w ostatnich dwóch latach badań wynosi około 39%. Żebyśmy mieli skalę porównawczą w roku 1982 liczba dominikantes wynosiła 57%. Powiedzmy, że rok 1982 był wyjątkowy bo to jest rok stanu wojennego, który spowodował, że w kościołach były tłumy. Generalnie rzecz biorąc w latach 80-tych na początku 90-tych było 49% - 50%. Spadek jest więc absolutnie dostrzegalny. Podobnie jest z innym czynnikiem, a mianowicie alumni w seminariach duchownych, czyli potencjalni duchowni, których jest w tej chwili zaledwie 3000, czyli o połowę mniej niż w szczytowych latach 80-tych. Mniej nawet niż w krytycznym dla powołań kapłańskich roku 1976. Podobnie z chrztami dzieci, pierwszymi komuniami, czyli z udziałem w rzeczywistości sakralnej kościoła. Tylko dwie trzecie dzieci ochrzczonych przechodzi następnie przez pierwszą komunię. I czego byśmy nie dotknęli w tym wymiarze sakramentalnego życia kościoła to widzimy tam swoiste spustoszenie. Coraz powszechniejsze są, każdy z nas to wie, związki partnerskie.

Jedynym wymiarem sakramentalnego życia kościoła, w którym Polacy podkreślają, że chcą wziąć udział to sprawy związane z umieraniem i pogrzebem. Parę lat temu na potrzeby festiwalu nauki zrobiłem ankietę, z której wynikało, że listopadowe Święto Zmarłych jest dla Polaków prawie tak samo ważne jak Boże Narodzenie i ważniejsze niż Wielkanoc. Krótko mówiąc rzeczywistość związana z lękiem ze śmiercią skłania do większej gorliwości w sprawach wiary. Według rozpoznań kościelnych tylko jedna piąta Polaków katolików ma w miarę prawidłowe rozeznanie, co do nauczania w sprawie Boga, człowieka, świata oraz porządków zaświatowych, Zbawienia itd. Pozostali są - jak kiedyś powiedział wybitny socjolog ksiądz profesor Władysław Piwowarski – „nieświadomymi heretykami”. W czasach, gdy on prowadził badania w latach 60-tych i 70-tych nieświadomych heretyków było zaledwie dwie trzecie, teraz jest już trzy czwarte. To kolejne akty spustoszenia oraz przekształcania się wiary, która zaczyna być wiarą patchworkową. Chodzi o taką formę przekonań (w tym wypadku przekonań), którą szyje się z różnych, niekoniecznie spójnych kawałków. Nawet dobrze, gdy te kawałki są kontrastowe. I tak bierze się trochę z katolicyzmu, trochę z jakiś kultów pogańskich wyobrażonych mniej lub bardziej, trochę z religijności Wschodu, trochę z jakiejś podejrzanej mistyki…. A jak się coś nie podoba, to wykrawa się kawałek i wszywa się nowy.

To dotyczy wiary i moralności, ale to też oznacza prywatyzacji religii. Oznacza też, jak niektórzy socjologowie religii na zachodzie powiadają, działania rynku religijnego. Różne idee ze sobą konkurują i mają coś na sprzedaż. Ale co jest odpowiedzią na to? Odpowiedzią na to, jak zauważył Jose Casanova, jest tworzenie tak zwanej religii publicznej, która ma instytucjonalny charakter i niekoniecznie jest spełniona przez instytucje kościelne. Można ją nazwać za Raymondem Aronem religią obywatelską o bardzo różnych kształtach, z wszystkimi jednak mechanizmami działania instytucji. To znaczy z cenzurą pilnującą, czy się nie obraża uczuć religijnych, jakby chodziło o religię i o uczucia, z wymogami, aby akcentować obecność uczuć religijnych w rozmaitych instytucjach, które są w gestii państwa, żeby zamanifestować pewną lojalność światopoglądową wobec instytucji zwanej religią polityczną. Również z odpowiednim systemem represji prawnych albo symbolicznych, z dyskursem potępienia, wykluczenia, z rozróżnieniem swój/obcy i tak dalej. Z całym porządkiem manichejskim, porządkiem realistycznym rozdwojenia, który jednych stygmatyzuje, naznacza a drugich wynosi niezależnie od tego, kim są w duchowym wymiarze.

Gra toczy się oczywiście o coś ważnego. Jest grą tożsamościową, tak bym powiedział, grą o tożsamość, tym bardziej jest ona zasadna w naszym polskim obszarze. Kilka danych: w deklaracjach do tożsamości religijnej katolickiej przyznaje się około 96% rodaków. Problem polega jednak na tym, że w kościele katolickim w Polsce zostało ochrzczonych zaledwie 89% Polaków. Więc pytanie, co z pozostałym 7% ? Wynika to z pragnienia tożsamości, czyli katolicyzm pełni tutaj funkcję zastępczą. Jest przejawem tego, co Stefan Czarnowski, bardzo wybitny przedwojenny przedwcześnie zmarły socjolog, nazwał nacjonalizmem wyznaniowym.

Przy czym wyznacznikiem tego, czy jesteś katolikiem, jest po pierwsze deklaracja wymuszana często przez nawyk albo przez konformizm społeczny. Uczestnictwo w porządku rytualnym, chodzenie do kościoła, modlenie się, wędrówka świętych obrazów - to wszystko składa się na katolicyzm odświętny, który tak właśnie działa. Czyli mamy do czynienia w istocie z pewnym katolicyzmem wątłym i zróżnicowanym wewnętrznie. Są obszary w Polsce, o których można powiedzieć, że są radykalnie niekatolickie. I są takie, które są w tej przestrzeni uczestnictwa radykalnie katolickie. I nie jest tak wcale – jak wskazuje stereotyp - na „ścianie” wschodniej. Bardziej zaś na „ścianie” południowo-wschodniej. Dominikantes będą tu wskaźnikiem. Z jednej strony, że mamy diecezję krakowską, przemyską, rzeszowską i tarnowską. Krakowska 51% dominikantes, przemyska 59%, rzeszowksa 63%, tarnowska 67%. A z drugiej strony mamy Warszawę - 20% dominicantes a niektórzy księża parafialni mówią, że tak naprawdę jest ich tylko 8%. Pomorze Zachodnie; diecezja szczecińsko-kamieniecka, koszalińsko-kołobrzeska to 25%, 26% Zagłębie, Łódź. Widać tutaj, że to Galicja a nie ściana wschodnia jest bardzo mocnym oparciem dla Kościoła. Diecezja rzeszowska graniczy z diecezją lubelska, gdzie jest 37% dominikantes. Różnica 30% o czymś świadczy.

Czyli, krótko mówiąc, mamy gigantyczną twardą wyspę tradycyjnego katolicyzmu i bardzo zróżnicowany kraj. Ale gdyby poprzestać na statystyce to niewiele byśmy powiedzieli. Bo mimo tego zróżnicowania, katolicyzm pełni jeszcze jedną funkcję. Otóż żyjemy, i to musimy sobie uzmysłowić bardzo ostro, w społeczeństwie, w którym ponad 50% nie czyta żadnych książek ani gazet. W działaniach politycznych nie uczestniczy 40% - 50% społeczeństwa, i to od początku naszej demokracji, od pierwszych jeszcze tych kalekich wyborów. 40-50% społeczeństwa nie bierze udziału w żadnych wyborach politycznych nie chcąc ponosić jakiejkolwiek odpowiedzialności, dokonywać jakiegokolwiek wkroczenia w sferę publiczną poza-rodzinną.

Jest takie wsobne zajmowanie się życiem w jego materialnym powiedziałbym wymiarze. Co by się w Polsce nie działo, kto by nie rządził to zawsze 52% - 53% jest niezadowolonych i mówi, że sprawy w Polsce zmierzają w złym kierunku. Ważne jest to wyłączenie i to nie uczestnictwo, zwłaszcza w kulturze. Co to oznacza w konsekwencji? Oznacza to, że ogromne rzesze Polaków nie dysponują językiem, którym można opisać, można ująć rzeczywistość, jaka ich otacza, jakiej doświadczają. Ale jakoś to muszą opisać, bo każdy z nas dokonuje jakiegoś rozpoznania. Jak zatem to przebiega wśród tych, którzy nie uczestniczą, czyli od 40% do 60%. Co mają do dyspozycji? Jaki typ dyskursu?

Obecnie, - trochę inaczej to wyglądało - w okresie komunizmu, do dyspozycji są dwie rzeczywistości językowe. Obie są kalekie, szczątkowe. A mianowicie, jakieś resztki nauk kościelnych, katechizmowych, jakieś odgłosy kazań, jakieś szczątki języka kościelnego oraz język popkultury zwłaszcza seriali. I z tego względu zwracam uwagę na wydarzenie niezwykłej wagi, bowiem ono coś objawiło. Mianowicie są takie traumatyczne wydarzenia, które rozdzierają skórę rzeczywistości i pokazują „bebechy”, prawdziwy mechanizm tej rzeczywistości.

Sprawa Katarzyny Waśniewskiej z Sosnowca, tej młodej dziewczyny, która zabiła córeczkę. Zaangażowały się miliony w śledzenie tej sprawy. Katarzyna Waśniewska zagrała z użyciem tych dwóch języków. Po pierwsze najpierw grała Mater Dolorosę, matkę miłościwą, matkę doświadczoną, tę która utraciła dzieciątko i w związku z tym pojawiło się współczucie masowe kobiet i matek. Ale kiedy sprawa się wydała i okazało się, że zabiła, to współczucie natychmiast przerodziło się w straszliwą nienawiść. Wtedy Katarzyna Waśniewska z właściwą sobie intuicją, inteligencją, cwaniactwem zaczęła grać kogoś innego. Femme fatale, kobietę emanującą erotyzmem. Tańczyła w jakimś klubie na rurze, fotografowała się w bikini jeżdżąc konno. Wydobywała jakieś świadectwa własnych erotycznych przeżyć i opowiadała o tym mediom. Czyli dwa języki, które są pod ręką, za pomocą których opisuje się rzeczywistość.

O tak zwanym krzyżu na Krakowskim Przedmieściu, ja mówię świadomie „tak zwanym krzyżu”, bo to był raczej Totem plemienny. Mieliśmy do czynienia z ikonicznym przedstawieniem pewnej obrzędowości dewocyjnej. To się nie dzieje przypadkiem, te scenariusze są gdzieś w podświadomości. Oczywiście są jeszcze inne krążące języki. Jakaś resztka z marksistowskiego języka, jakieś szkolne reminiscencje romantyzmu. Ta mowa jest niezborna.

Kolejny przykład, o którym wspomniałem to krzyż przed Pałacem prezydenckim. Tu mamy do czynienia z językiem romantyzmu i to w wydaniu szkolnym. Pod Pałacem Prezydenckim rozegrał się scenariusz z Kordiana Juliusza Słowackiego. Z całą dokładnością.

To już parę razy mówiłem, ale to odkrycie mnie poraża. Jest ważne, bo ono coś mówi, a mianowicie w Kordianie na króla Polski ma zostać koronowany Mikołaj I. Jest rok 1828. Spiskowcy nie chcą do tego dopuścić. Gromadzą się w podziemiach kościoła, dzisiaj katedry Świętego Jana, przy grobach królów. Tam jednak nie ma żadnych króli, lecz trzech Książąt Mazowieckich, z czego dwóch otrutych. Słowackiemu ci królowie byli potrzebni. Zabicia cara Mikołaja podejmuje się Kordian. I kiedy Kordian mdleje na carskich przedpokojach w zamku Królewskim, wówczas te trumny króli wydobywają się z podziemi kościoła, wspinają się po murze, aby dopełnić dzieła i udusić Cara Północy.

Jaka jest rola w związku z tym trumien smoleńskich wobec Pałacu, w którym rządzi sojusznik nowego cara północy niejaki Komoruski? I wraca tutaj pamięć o wierszu napisanym przez nadwornego poetę Kaczyńskich Jarosława Marka Rymkiewicza. Wiersz Do Jarosława Kaczyńskiego, gdzie mamy do czynienia z rzeczywistością trumienną, z tym podziałem, z tym dualizmem. Mamy oto Polskę, która jedzie na „lawecie” i Polskę, którą bierze w objęcia Car północy. Ja już nie chcę przypominać innych tekstów, chociażby książki Rejtan Jarosława Marka Rymkiewicza i tak dalej…. Coś tu jest na rzeczy. Ten scenariusz jest tutaj gdzieś podpowiedziany. Co więcej, tam na Krakowskim Przedmieściu dzieje się coś jeszcze mianowicie krzyż-totem, który tam stoi, nie jest krzyżem w sensie sakralnym, nie został uświęcony przez kościół, nie wyrasta z porządku wiary, tylko wyrasta z porządku polityki. Atakuje się księży, którzy przychodzą go zabrać i przenieść do kościoła. Czyli okazuje się, że strażnikiem polskiej wiary nie jest kościół tylko pewna substancja polityczna. Powiedziałbym, że jeszcze niezborna, ale już organizująca się.

Takie próby miały miejsce już wcześniej. Za czasów Jana Pawła II były bezpośrednio przez papieża gaszone. Konflikt pomiędzy grekokatolikami a rzymskimi katolikami w Przemyślu - osobista interwencja Papieża. Krzyż, a później krzyże, na żwirowisku oświęcimskim. I inne incydenty. Historia sprawy arcybiskupa Paetza. Gdy Papieża zabrakło, coś pękło w tej sprawie mimo nauczania watykańskiego. Józef Ratzingera w książce Śmierć i życie wieczne ostrzega przed tym, by nie traktować Królestwa Bożego jako pewnej formy politycznej. Ostrzega, że mesjanizm polityczny nie jest wcale mesjanizmem religijnym. Owszem Królestwo Boże jest ważne, można z niego wyprowadzić pewną normatywność i oceniać z tej pozycji to, co polityczne. Ale nie da się ustanowić Królestwa Bożego tu na Ziemi jako pewnej rzeczywistości politycznej.

Zdanie Ratzingera można połączyć z jego nauczaniem jako Benedykta XVI o tym, że katolicy w dzisiejszym świecie w morzu pogańskim mogą mieć sposób istnienia insularny. Mogą być - jak to mówił w Warszawie - były już nuncjusz papieski Celestino Migliore, mniejszościowe wspólnoty kreatywne, które swoim postępowaniem dają wzór dla innych. A już obecny papież Franciszek jest najbardziej daleki od tego, co się nazywa mesjanizmem politycznym. Tutaj wkraczamy w zjawisko, które można nazwać samookreśleniem czy autodefinicją kościoła.

Otóż kościół definiuje siebie samego na trzy sposoby: - po pierwsze jest ciałem mistycznym Chrystusa. - po drugie jest instytucją, - po trzecie jest ludem Bożym.

Otóż do soboru watykańskiego reformatorskiego dominowało rozumienie kościoła jako ciała mistycznego i instytucji. Niezależnie od tego, że kościół ujmował siebie - zwłaszcza w ostatnich stuleciach przed soborem - jako twierdzę wojującą, to jednak ta rzeczywistość ciała mistycznego doprowadziła do pewnych wymogów związanych z życiem wewnętrznym, z życiem wiary. W Polsce dzisiejszej, takie mam wrażenie, odpływają te dwa sensy, te dwa znaczenia. Mianowicie odpływa ujmowanie kościoła jako ciała mistycznego i związane z tym dążenie do pogłębienia wiary i moralności i odpływa znaczenie kościoła, które nigdy w Polsce nie było mocno zakorzenione jako ludu Bożego. Liczy się rozumienie kościoła jako instytucji hierarchicznej i obecnej. Jakoś sklepionej czy złączonej bardziej lub mniej z instytucjami państwa teodemokracji.

Jeszcze słowo o pojęciu, które stworzyłem, czyli o religii smoleńskiej. Jeśli przyjrzymy się zwolennikom religii smoleńskiej, zauważymy rzecz zupełnie dziwną. Gromadzi ona ludzi z radykalnie różnych sprzecznych środowisk. Bo z jednej strony są fundamentalistycznie nastawieni intelektualiści katoliccy. Z drugiej strony wyrostki ze stadionów, ogolone umysły. Z jednej strony mamy drobnych czy średnich przedsiębiorców, z drugiej emerytów ze środowiska radiomaryjnego.

Co może być lepiszczem tych wszystkich środowisk? Najpierw gniew tymos, jak mówili Grecy. Przychodzi mi z pomocą bardzo wybitny niemiecki filozof Peter Sloterdijk z jego książka o gniewie. Mówi on tak: w nowej rzeczywistości świata globalnego, liberalnego w którym żyjemy zniknął na szczęście dawny uciemiężony czyli niewolnik. Ale ktoś go zastąpił. Zastąpił go człowiek przegrany. Ale przegrany niekoniecznie w sposób rzeczywisty, są to przegrani rzecz jasna obiektywnie, ale również w swoim odczuciu. Bo ktoś ma lepiej, bo ja mam gorzej. W Polsce, która jest krajem zawistnego egalitaryzmu jest to bardzo mocno odczuwalne. W związku z tym wszelkie mesjanizmy tutaj nie są w stanie sprostać, bo poniosły klęskę. Te dotychczasowe, tradycyjne mesjanizmy. Poniósł klęskę mesjanizm nazistowski, mesjanizm komunistyczny ale i mesjanizm liberalny. Bo mesjanizm liberalny z wizją świata, w którym skończyła się historia, jak to opisał Fukuyama zostawia za sobą całą rzeszę jakoś przegranych. Okazuje się, że dobrostan 28-30 krajów, do których Polska należy odbywa się kosztem jakiś innych światów, innych cywilizacji. Mimo wszelkich pozorów, nie możemy mieć w jednakowym stopniu udziału w wykształceniu, w dostępie do dóbr materialnych, w atrakcyjności seksualnej, w mnóstwie różnych innych rzeczy, nie możemy mieć realnego uczestnictwa, takiego jak wszyscy. Bo tych dóbr jest skończona ilość i to budzi z jednej strony gniew, tworzą się swoiste - jak to mówi Sloterdijk – „ bańki gniewu”. Z drugiej strony zjawiają się mesjanizmy, które Gilles Kepel nazywa „zemstą Boga”. Korzystają one z języków religijnych, z tych szczątków w obrębie Islamu Katolicyzmu i Prawosławia. Rozmaici żarliwcy polityczni, rozmaici ludzie budują pewne rzeczywistości polityczno-społeczne, które mają ornament, zabarwienie religijne, ale nie są religiami. Bo gdy przyjrzymy się chociażby terroryzmowi islamskiemu to zobaczymy, że to nie są tylko samobójcy z bombami, którzy tu i tam przyczyniają się do wielkiego masowego nieszczęścia. To jest również system ubezpieczeń społecznych, edukacji młodych, zabezpieczenia dla rodzin i pewne porządki polityczne i prawne ustanowione na zasadzie szariatu. Czyli jest to dużo szersza rzeczywistość niż tylko okrzyki Allah jest wielki! Krew jest tym, co te porządki/tę rzeczywistość namaszcza, zagęszcza. Wspólnota, która składa się z ludzi letnich angażuje niezaangażowanych wyznawców islamu. Błędem jest myślenie o islamie, że on jest przeciwko białym chrześcijanom i żydom. Środowiskiem działania terroryzmu arabskiego jest miliard 300 milionów wyznawców islamu, którzy tak jak wszyscy chcą wychować dzieci, mieć święty spokój, handlować chałwą w swoim sklepiku, mieć lepszy samochód. Oni nie są żarliwcami, oni się wcale nie cieszą z terroryzmu. Podobnie w Polsce. Przecież rzeczywistość Radia Maryja to, co nazywamy religijnością radio-maryjną nie jest tylko religijnością. Mamy i system edukacyjny i system medialny, i mamy coś jeszcze ważniejszego; mamy podniesienie grupy społecznej. Wielkiej, rozległej, zaniedbanej straszliwie przez polskie przemiany. Najczęściej z tej Polski głęboko prowincjonalnej wschodniej i południowo-wschodniej. Im wszystkim znany redemptorysta powiedział: wy jesteście kimś. Jesteście solą tej Ziemi. Jesteście koroną polskości. Wy macie znaczenie. Wracam do tego, że gniew trzeba skumulować i go użyć, w jakim sensie.

Otóż w dziejach ludzkości były dwie fazy: jedna faz - religijnych baniek gniewu. Jak się czyta salwy złorzeczące Pisma Świętego wymyśla się Egipcjanom, Asyryjczykom, rzuca się gromy wszystkim ludziom wokół, na których Jahwe wywrze pomstę, odpłaci im za ich bezbożność. Problem polega na tym, że żaden Asyryjczyk, Babilończyk, Egipcjanin tych salw złorzeczących nigdy nie słyszał. Bo one miały tylko napełnić gniewem lud wybrany.

Ale wypłata za to wszystko, za cierpienie miała się dokonać dopiero nie w tym porządku, ale w porządku sądu Apokalipsy, wtedy nastąpi ostateczny rozrachunek. Później takie myślenie zagarnęły faszyzmy czerwony i czarny. I one odpłatę z nieba z zaświatów ściągnęły na ziemię. Ktoś może z Państwa zna czwartą zwrotkę polskiej wersji Międzynarodówki? Doradzam lekturę. Mianowicie tam jest mowa o kapitale w bankach, o skarbcach, język klasycznie ekonomiczne bankowy. Ona nie była śpiewana. Krótko mówiąc ten gniew ludu, którego nie należało trwonić i czujni rewolucjoniści pilnowali, żeby nie trwonić go przedwcześnie. Miał wybuchnąć i wynieść elitę tych ruchów do góry. A ludowi rzucało się jakieś ochłapy. Te wielkie projekty, jeden religijny, jeden świecki się rozsypały ale to nie oznacza, że one nie ożywają na nowo. Nie ożywają w Islamie, w Polsce czy na Węgrzech, czy w Rosji. Tyle tylko, że teraz podmiotami są ci, którzy zarządzają, są to ludzie świeccy, którzy korzystają z religijnych narzędzi. Instytucje świeckie, które zamieniają się coraz bardziej w instytucje o pozorach religijnych. Krótko mówiąc podmiotowość jest wydzierana kościołowi, który tego nie dostrzega, albo nie chce dostrzec, albo nie ma odpowiednich narzędzi poznawczych.

Wystarczają korzyści doraźne: różne symboliczne apanaże i nie tylko symboliczne. Zwróćcie Państwo uwagę na rzecz następującą: powodami szczególnie radykalnych poruszeń w Polsce na styku moralność-wiara w ostatnim czasie wcale nie był kościół. Występowały z projektem całkowitego zakazu aborcji ruchy pro-life. Owszem kościół sprzyjał tym ruchom.

W tych ważnych przedsięwzięciach to nie on odgrywa zasadniczą rolę. Kto zatem? Odpowiedź jest oczywista: mamy do czynienia z przekształcaniem rządzącej dzisiaj partii chadeków w formację quasi-religijną. W taki niby kościół z pewną rzeczywistością rytualną, bardzo rozbudowaną, powtarzalną, jak miesięcznice smoleńskie. Przy czym oczywiście to nie jest ortodoksja w sensie katolickim. Korzysta się z kościołów, z obecności księży, z pewnych elementów katolicyzmu, ale rozłożonych heterogenicznie. Rządzi tym to, co Peter nazywał imperatywem herezji czyli religią publiczną, czy polityczne uprawianą przez instytucje bynajmniej nie religijne. Zawsze są one rządzone przez imperatyw herezji czyli nieprawowierności. Jak się przyjrzeć temu rytualizmowi to można zauważyć elementy neo-pogańskie, mitologii germańskiej. Chociażby te marsze z pochodniami. Jak się ogląda (film Zwyczajny faszyzm, bardzo polecam rosyjskiego reżysera Michaiła Romma dokument świetny) dokumenty z archiwów niemieckich, włoskich, rumuńskich, z wszelkich faszystowskich archiwów, jest tam pokazane, o co w tym wszystkim chodzi. Mamy tam do czynienia przede wszystkim z tym, co jest absolutnie nieprawowierne z punktu widzenia Kościoła czyli gnozą, dualizmem. Objaśnię od razu, gnoza to taka herezja zakładająca, że istnieje niższy Bóg i wyższy Bóg. Wyższy, niedostępny Pan światła i dobra, jest niedostępny niepoznawalny, siedzący w chmurach. Niższy Bóg, Demiurg lub Bóg Żydów Jahwe, który zazdroszcząc najwyższemu Panu dobra i światła targnął się, zakradł się podstępem lub siłą, zrabował stamtąd iskrę światła, iskrę dobra potrzebną do stworzenia. On chciał stworzyć swój własny świat i potrzebował tej iskry dobra. I zaklął ją w materii. Bo materia jest brudna i zła. W związku z tym świat jest rozdarty pomiędzy dwóch Bogów.

Toczą się zmagania dwóch zasad: z jednej strony czystość dobro i światło i duch a z drugiej strony ciemność, bród, zła materia. I ta walka trwa wiecznie. Nie ma nigdy mowy o kompromisie. Zbawienie w tej perspektywie gnostyckiej polega na pożarze złego materialnego świata naznaczonego tym fundamentalnym rozdarciem. Tutaj też mamy dobro i zło radykalne. Nie ma żadnych możliwości kompromisu. Jesteśmy duchem, dobrem i światłem a po drugiej stronie są ci źli komuniści i złodzieje, czy jak tam się nazywa ludzi „drugiego sortu”. Ta perspektywa jest obecna a polski kościół oczywiście wobec czegoś takiego milczy. Uważa, że to jest w porządku. Gnostycyzm został wielokrotnie przez kościół potępiony. Ten zlepek potrzebuje czegoś jeszcze, i tu docieramy do jądra religii smoleńskiej - w paręnaście dni po katastrofie smoleńskiej Ludwik Dorn udzielił wywiadu Tygodnikowi Powszechnemu, który ukazał się w maju. W tym, co Ludwik Dorn powiedział wówczas dostrzegam ślady myślenia chociażby Mircei Eliadego, że każda budowla ideowa czy fizyczna wymaga ofiary założycielskiej. Inaczej ta budowla pęknie, zawali się. Mistrz Manole musi złożyć w ofierze, zamurować, złożyć w tej cerkwi swoją ukochaną żonę, żeby ofiara się powiodła. Podobnie mówi Dorn a mianowicie przywołuje przypadek Romulusa i Remusa i założenie Rzymu. I mówi, że katastrofa smoleńska stała się niezbędną ofiarą założycielską dla czwartej Rzeczpospolitej. Więc mamy oto ośrodek wiary i mamy też coś jeszcze, czego w jakiejś mierze nie rozumie polski kościół, a czemu miało sprzyjać umieszczenie zwłok prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. Akropolis Polska mówił Wyspiański. Akropolis przeciwko Polis, przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. Akropolis Polska zostaje nagle zawłaszczona i przemieniona na coś, co można wystawić przeciwko Polsce.

Dlatego błędnym jest myślenie, że Jarosław Kaczyński pozwala Macierewiczowi na wiele, ponieważ - jak to się sugeruje w różnych mediach - Macierewicz ma na niego haka. Otóż nic bardziej błędnego. Potrzebny jest samozwańczy szalony kapłan tej rzeczywistości, który zamienia mgłę nad Smoleńskiem w religijny opar. Potrzebny jest krótko mówiąc ośrodek wiary. Potrzebni są męczennicy, potrzebni są świeci i tak dalej. Język męczeństwa jest bardzo szeroki, rozbudowany i praktyka męczeńska temu towarzyszy.

W to wszystko jeszcze włącza się bardzo archaiczne zmaganie. Warto abyśmy mieli świadomość skąd ono się bierze, bo ono zawsze było odkąd narodził się w Polsce feudalizm zamieniający większość polskiego społeczeństwa w zwierzęta czy pół zwierzęta. Musimy sobie uzmysłowić, że na powierzchni królują polskie dzieje malowane, piękne. Ale tak naprawdę to jest opowieść szlachecko-inteligencka - mesjanizmy, triumfy i klęski tak pięknie malowane przez naszych pisarzy, Sienkiewicza i innych. Tymczasem powiedzmy sobie, że system niewolniczo-pańszczyźniany, system poddaństwa został przez obcych dopiero zlikwidowany i to bardzo późno. W zaborze pruskim dokonało się to pomiędzy 1810 a 1870, w zaborze rosyjskim w latach 1861-1864, w austriackim 1848, a ostatnie resztki pańszczyzny w Polsce, nie wiem, czy Państwo wiedzą zostały zniesione w 1936 ustawą sejmową na Spiszu. Ale znieść ustawą to nie znaczy wybić z głów. To nie znaczy wybić z doświadczenia. I oto nagle w wyniku tego późnego uwolnienia warstwą historyczną staje się warstwa wdeptana w ziemię. Zniszczona, pełna nienawiści. Nie łudźmy się.

Wyspiański, który był tego świadomy, przypomina, co stało się w 1846 podczas rabacji chłopskiej. Można było rżnąć szlachtę, ludzi z miast, służbę dworska, leśniczych bezkarnie. Myśmy wszystko zapomnieli jak dziada piłą rżnęli - tak pan młody mówi. Pojawiają się tam różne postacie. Historia tego upodlenia nigdy nie została wysłowiona przez obie strony tego konfliktu. Nigdy nie zostało to opisane. Dopiero teraz powoli coś się w tym temacie dzieje; jest książka Michała Montowskiego, czy Ledera. Ale mieliśmy do czynienia nie tylko z plemionami, ale z dwoma rasami, których kondycję opisywano w kategoriach religijnych wyprowadzanych z mitów. Bo przecież Cham to jest syn Noego, który za swoje zachowanie w stosunku do ojca został przeklęty. Pojęcie cham nie jest religijnie niewinne. Jak bardzo była to rasa niech świadczy fakt elementarny, że w chacie Szeli - zanotowała to panna z dworu, którą Szela uczynił własną sekretarką, - chłopi snuli pewien projekt eugeniczny. Wyrżniemy ciarachów, by nie gwałcili kobiet w czasie rabacji, wyrżniemy ciarachów i pożenimy się z wdowami i córkami po ciarachach czyli będziemy Panami, wyhodujemy nową rasę. To przecież widać u najlepszego socjologia wsi polskiej Reymonta. W jakiejś mierze rzeczywistość pogromowa jest obnażana przez profesor Engelking, czy profesora Grabowskiego. 200 tys. ofiar żydowskich zabitych głównie po lasach i wsiach. Ta druga fala programowa to Jedwabne czy Radziłów nie wzięły się znikąd. Na siłę opisywano historię chłopską jako szlachecko-inteligencką. Do 1989 roku dominowała ta szlachecka historia. Na przykład w sprawach wiary. Natomiast po 1989 roku owe historie zaczęły się rozszczelniać. Zaczęła się artykułować w sposób dziki, nieokrzesany ta chłopska niepamiętana, zepchnięta w podświadomość i ona miała również twarz wiary.

Jest również Licheń. Byłem tam. Licheń jest alternatywą dla Częstochowy. Częstochowa jest szlachecko-inteligenckim mitem. Z obroną, z potopem, z Kmicicem, który wysadza kolubrynę, z Mickiewiczem, z tym wszystkim. Natomiast Licheń nie czerpie w ogóle z tego mitu. Licheń nie sięga tak głęboko, jest skoncentrowany na chłopskim nacjonalizmie wyznaniowym. Jakoś naśladujący ten szlachecki kontrreformacyjny, ksenofobiczny. Po drugie Licheń jest absolutnie radykalnie przez księdza Eugeniusza Magórskiego i Barbarę Bielecką unarodowiony. Jest to katolicyzm w pełni unarodowiony. Aniołowie mają skrzydła husarskie.

Czy ktoś z Państwa był w tak zwanej Golgocie Świętokrzyskiej? Tam jest samolot smoleński, Pan prezydent Kaczyński widoczny, para prezydencka. Następnie jest prezydent na uchodźstwie, a w oknie widać tylko jedną twarz - Przemysława Gosiewskiego. Ci tylko polegli a reszta zginęła. To jest podział genialny. I w Licheniu, i w Świebodzinie, i w parku miniatur w Częstochowie, gdzie Jan Paweł II jak na miniaturę przystało ma 14 metrów, jest tak jak na chłopskim weselu. Na bogato, dużo, złoto. Nie oczekujmy od tego subtelności. To jest tak przaśne jak disco polo.

Ostatnia kwestia: wspólnota religijno-polityczna w Polsce zadzieżguje się wokół śmierci. Poza doświadczeniem zbiorowego przeżywania żałoby właściwie nie istnieje. Wszystkie wielkie zgromadzenia, pomijając wizyty papieskie były związane ze śmiercią. Albo papieża Jana Pawła II albo Stefana Wyszyńskiego. Z jednym wyjątkiem: wiec na placu Defilad, ale także egzekucje. Ostatnie publiczne egzekucje w Europie na katach. W Majdanku na górce biskupiej, w Gdańsku, gdzie wieszano katów ze Stutthofu. I ostatnia egzekucja w Poznaniu. Śmierć nas gromadzi, jest kolejną maścią. Mnóstwa spraw nie dotknąłem. Przerwę tak nagle, dziękując Państwu za uwagę.