Aby rozpocząć wyszukiwanie, wpisz poszukiwane wyrażenie.

Aby zapewnić trwałość zdobyczom Unii Europejskiej i sprostać globalnym wyzwaniom naszych czasów, potrzebujemy duchowej jedności Europy, potrzebujemy europejskiego poczucia tożsamości.

Home » Bronisław Geremek » Teksty » Artykuły w gazetach » Demokracja to nie dżinsy (Gazeta Wyborcza, 12 maja 2008)

Demokracja to nie dżinsy (Gazeta Wyborcza, 12 maja 2008)

Madeleine Albright, sekretarz stanu USA w latach 1997-2001, za prezydentury Billa Clintona: 

27 lat temu przyjechałam do Polski, by badać rolę prasy w demokratycznych przemianach zachodzących w waszym kraju. Podziwiałam odwagę Polaków. Pochodzę z Czechosłowacji, ale w tych dniach żałowałam, że nie jestem Polką. Bo to tutaj zaczął się pochód historii. Gdy po 10 latach zatriumfowała „Solidarność”, marsz historii przerodził się w galop. Na Węgrzech wolność przyszła w 10 miesięcy, w NRD - w 10 tygodni, w Czechosłowacji - w 10 dni, a w Rumunii - w 10 godzin. Po dekadach ciemności światło zalało cały kontynent.

Kiedy w 2001 roku odchodziłam ze stanowiska sekretarza stanu, wierzyłam, że świat będzie zmierzał ku większej współpracy globalnej. Dziś widać, że byłam zbytnią optymistką. W ostatnich latach namnożyło się podziałów - pomiędzy USA a Europą, pomiędzy Arabami a Zachodem, pomiędzy Północą a Południem. Nasze plany współpracy światowej zniszczyła wojna z terroryzmem, wojny w Afganistanie i Iraku, rosnący wpływ Iranu, odżywające napięcia w stosunkach z Rosją, wreszcie widmo kryzysu energetycznego, ekologicznego i żywnościowego.

Ustanowiony po II wojnie system światowy nie umie sobie radzić z nowymi problemami. Wiele konfliktów przebiega nie pomiędzy państwami, ale wewnątrz państw, przestał działać system zapobiegania proliferacji broni masowego rażenia, a Rada ds. Praw Człowieka ONZ jest nieskuteczna, bo zbyt wielu jej członków za nic ma prawa człowieka.

Gdy byłam sekretarzem stanu, uważałam, że moją misją jest zjednoczyć ludzi i narody wokół wspólnych celów - budowania demokracji, rozwoju, rządów prawa i stanowienia pokoju. Wierzyłam i wciąż wierzę, że to właściwe cele dla wszystkich narodów na ziemi niezależnie od tego, czy są małe czy duże, bogate czy biedne. Nie chodzi o triumf jednej grupy nad drugą, tylko o zwycięstwo dla wszystkich. Myśląc w ten sposób, sprostamy problemom światowym.

Moja generacja została nauczona, że ostrożnie jest trzymać Boga z dala od polityki zagranicznej. Wiele dzisiejszych problemów ma jednak składnik religijny, którego nie można ignorować. Zwalczając terroryzm, musimy odwoływać się do tradycji judeo-chrześcijańsko-islamskiej z jej szacunkiem dla życia. Na Bliskim Wschodzie pomoże to nam pokazać, że mylą się ci, którzy wierzą, że wiara wymaga skrapiania Ziemi Świętej krwią. W Zatoce Perskiej musimy wzywać szyickich i sunnickich przywódców, żeby powstrzymali przemoc międzywyznaniową, nim ta rozleje się poza granice państw. W Darfurze musimy twierdząco odpowiedzieć na pytanie stare jak historia ludzkości: Czy jestem stróżem brata mego? W całym świecie musimy znaleźć sposób, by religia zaczęła ludzi jednoczyć, miast dzielić i wzbudzać nienawiść.

Niedawno obchodziliśmy trzecią rocznicę śmierci papieża Jana Pawła II. Dorobek jego pontyfikatu dowodzi, że religia może inspirować, nieść postęp i ukojenie. Nie do mnie należy nominowanie świętych, ale gdyby należało, nie ukrywam, jak bym głosowała.

Wolne kraje powinny współpracować, by wzmocnić instytucje demokratyczne tam, gdzie one istnieją, pomagać demokratycznym rządom, gdy te są zagrożone, i wspierać demokratyczne wartości, gdy tylko zaczynają kiełkować.

W czasie zimnej wojny przywódcy komunistyczni próbowali przechwycić pojęcie demokracji, nazywając swoje ustroje "demokracjami ludowymi". W naszych czasach widzieliśmy, jak osoby mieniące się demokratami zagarniają władzę dożywotnią poprzez zmiany w konstytucji albo też przechodząc ze stanowiska prezydenta na stanowisko szefa partii i premiera rządu. Ale prawdziwa demokracja powinna się opierać na prawie, a suwerenem w niej musi być naród. Nie jest ani własnością nielicznych na górze, ani nie da się jej zredukować do tłumu na ulicach.

Demokratyczne wybory nie zawsze skutkują dobrymi przywódcami i sprawnymi rządami, ale zaletą życia w demokracji jest to, że nie trzeba wygrywać każdych wyborów, by twój głos był słyszany, a twoje prawa chronione. Demokracja nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale wciąż pozostaje najlepszym systemem, jaki kiedykolwiek wymyślono.

Najważniejsze zadania na dziś to zaprowadzenie spokoju w Iraku i Afganistanie oraz stawienie czoła al Kaidzie. By temu podołać, potrzebujemy przywódców, którzy zjednoczą narody wokół wspólnych wartości podstawowych. Mimo wszystkich zmian, jakie ostatnio zaszły w świecie, wciąż wierzę, że takie przywództwo zaczyna się od partnerstwa euroatlantyckiego.

W Europie przez wieki toczono wojny o symbole narodowe, stare żale podsycały nowe konflikty, a młodzi ludzie byli uczeni, jak mają się różnic od sąsiadów. Dlatego świat może się od Europy wiele nauczyć. Nikt tak jak Europa nie wie, jakie są koszty wojen, a jakie pożytki z demokracji i współpracy.

USA też wielu rzeczy mogą świat nauczyć. W tym roku po raz 56. wybierzemy naszego prezydenta w demokratycznym głosowaniu. Amerykę tworzą ludzie, którzy przybyli tu niemal ze wszystkich krajów świata, a których łączy umiłowanie wolności i spojrzenie w przyszłość z optymizmem. Nie ma rzeczy, której Europa i Ameryka razem nie mogłyby dokonać - czy chodzi o zwalczenie terroryzmu, czy oswajanie globalizacji. Lecz żadnej z tych rzeczy nie zrobimy w pojedynkę.

Podobno Europejczycy są z Wenus, a Amerykanie z Marsa. Ale przypominam, że według mitologii Mars i Wenus dobrze się dogadywali i spłodzili wiele dzieci. Była wśród nich Harmonia - bogini zgody.


Bronisław Geremek, eurodeputowany, b. minister spraw zagranicznych:

Czy można pójść szlakiem zarysowanym przez Madeleine Albright, która pokazuje, że podjęcie problematyki religii wzbogaca działanie polityków? Wtedy tylko, jeśli znajdziemy odniesienia uniwersalne.

Pierwsze z nich to zasada poszanowania człowieka i życia. Potępiając karę śmierci, Narody Zjednoczone sprawiły, że wspólnota międzynarodowa spotkała się wokół pewnej wartości łączącej, jaką jest poszanowanie życia i poszanowanie godności osoby ludzkiej. Zatem świat wartości, który polityka zagraniczna może realizować, to świat wartości służących człowiekowi.

Kiedy podejmowano decyzję w sprawie Kosowa, jednym z elementów, którymi kierowali się ministrowie spraw zagranicznych z tzw. grupy kontaktowej skupionej wokół Madeleine Albright, była kwestia obrony ludzi. Nie ważne, że o odmiennej religii i kulturze. Zatem humanizm jako zasada polityki zagranicznej tu znajduje swoje urzeczywistnienie.

Drugim odniesieniem uniwersalnym jest zasada, że pierwszeństwo ma pokój. Wiem, że dla młodego pokolenia to może pojęcie mniej znaczące. Ale moje pokolenie żyło pod znakiem wyboru wojny i pokoju. Dziś zasada pokoju to jeden z elementów, który określa politykę Unii Europejskiej w sposób szczególny. Zasada poszukiwania pokoju, który byłby pokojem powszechnym, jest wyzwaniem świata wartości wobec polityki zagranicznej.

I wreszcie trzeci element - prymat negocjacji nad konfliktem. Do polityki wprowadzony zostaje dialog, a więc relacja między ludźmi, i w ten sposób powstaje możliwość dojścia do wspólnego stanowiska.


Paweł Kowal, poseł, były wiceminister spraw zagranicznych: 

W lutym tego roku jednej z polskich gazet udzielił wywiadu minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow. Zaproponował rozbrojenie polityki z ideologii. Z kontekstu wynikało, że przez ideologię Ławrow rozumie właśnie wartości w polityce.

W takiej wizji polityka byłaby pozbawiona obiektywnych kryteriów, co dobre, a co złe, co sprawiedliwe, a co niesprawiedliwe. Byłaby mechanizmem zabezpieczania interesów.

Można by ten postulat rozbrojenia ideologicznego rozumieć jako rodzaj nowego pokoju augsburskiego, który w 1555 r. formułował zasadę cuius regio, eius religio (czyja władza, tego religia). Czyż dziś rozbrojenie polityki z ideologii polegać by miało na tym, że kto ma pieniądze, kto ma władzę, ten mówi, jakie są wartości w demokracji, lub stwierdza, że żadnych wartości nie ma? Kto ma pieniądze, ten ma demokrację - w tym sensie, że określa jej granice? Jaka władza, taka demokracja.

Takie podejście do polityki zagranicznej byłoby straszliwą hipokryzją. Szczególnie wśród społeczeństw demokratycznych, które mają wpływ na politykę zagraniczną. A demokracja być może najbardziej psuje się właśnie wskutek hipokryzji. I na to nie można się zgodzić.

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby w latach 80. w Ameryce zapomniano o wartościach, gdyby gen. Jaruzelski przekonał świat, że Polska to taka specyficzna demokracja, taki specyficzny kraj, gdzie może się dziać to, co się działo.

Czasem ci, którzy odpowiadają za politykę zagraniczną, ulegają pokusie, by na moment stać się trochę bardziej pragmatykami. Ale w demokratycznych krajach odzywa się wtedy społeczeństwo. Ono poprzez mechanizmy demokratyczne potrafi zmusić polityków do respektowania wartości.

Polityka międzynarodowa nie potrzebuje rozbrajać się z wartości. Wręcz przeciwnie - dziś potrzebuje "wyścigu zbrojeń" w sferze wartości.

Aleksander Smolar, prezes Fundacji im. Stefana Batorego:

Gdy słuchałem żarliwego wyznania polityki wartości prof. Geremka i ministra Kowala, obudził się mój esprit de contradiction. Świat wartości bardzo dobrze wygląda na poziomie deklaracji i celów. Natomiast ich realizacja często prowadzi do skutków katastrofalnych.

Tradycja europejska nie była tradycją wartości w polityce międzynarodowej. Przeciwnie, najstarszą i najbogatszą tradycją myślenia o stosunkach międzynarodowych była polityka realistyczna. Zacytuję trzy metafory.

Lord Palmerston, premier rządu brytyjskiego, powiedział słynne słowa: "Wielka Brytania nie ma niezmiennych przyjaciół i wrogów, ma jedynie niezmienne interesy". Kolejny cytat jest może mniej znany, ale równie pikantny. Premier imperium Habsburgów, książę Feliks Szwarcenberg, zapytany, czy czuje się zobowiązany wobec Rosji za pomoc, jakiej udzieliła Wiedniowi w zdławieniu węgierskiego powstania 1848 r., odparł: "Austria zaskoczy świat rozmiarami swojej niewdzięczności". To cyniczne sformułowany program realizmu politycznego.

I ostatnia wypowiedź, z dużo bliższych czasów. W 1966 r. gen. de Gaulle postanowił wycofać Francję ze struktur wojskowych NATO i zażądał, by armia amerykańska opuściła terytorium jego kraju. Wtedy Dean Rusk, daleki poprzednik Madeleine Albright, zapytał, czy to oznacza również konieczność zabrania prochów żołnierzy amerykańskich poległych w walce o wolność Francji. To zderzenie dwóch wizji polityki. De Gaulle uprawiał politykę realną - dostrzegał konflikt interesów, Stany Zjednoczone blokowały jego ambicje wielkopaństwowe. Dla Ruska moralny wymiar poświęcenia żołnierzy odgrywał rolę nawet przy ocenie bieżących faktów politycznych.

Świat wewnętrzny państw jest zorganizowanym światem wartości - przynajmniej to zawsze postulują rządzący.

Zupełnie inaczej jest w stosunkach międzynarodowych. One są postrzegane jako domena darwinizmu, świat walki, gdzie naród narodowi wilkiem. Zmienne sojusze mają zapewnić jak najlepszą pozycję kraju.

W czasie zimnej wojny wyrazem tego realizmu politycznego było poparcie krajów najbardziej demokratycznych dla dyktatur, wszelako pod jednym warunkiem - że były one antysowieckie. W tym manichejskim świecie była logika. Ta logika zawaliła się wraz z końcem zimnej wojny. Wtedy w stosunkach międzynarodowych umocniła się polityka wartości, zaś legitymacja dla pewnego typu realizmu została podważona. W Europie tę logikę kwestionowało już powołanie Wspólnot Europejskich. W USA jest znacznie dłuższa tradycja idealizmu - choćby 14 punktów prezydenta Woodrowa Wilsona, które mówią o uczynieniu świata bezpiecznym dla demokracji.

Demokracja jest programem dla krajów demokratycznych. I słusznie. Ale trzeba widzieć, jakie dramatyczne zasadzki się za tym kryją. Otóż w regionie, który znajduje się w centrum geopolitycznych zainteresowań i trosk całego świata, czyli na Bliskim Wschodzie, polityka popierania demokracji doprowadziła do wolnych wyborów w Palestynie. Wygrał je Hamas, integrystyczna organizacja, która jest na liście organizacji terrorystycznych USA i Unii Europejskiej. Prawdziwie demokratyczne wybory doprowadziły w Iranie do zwycięstwa fanatyka Mahmuda Ahmadineżada, który stworzył atmosferę czasami przypominającą atmosferę nazistowskich Niemiec z lat 30. W Iraku też były demokratyczne wybory. Irakijczycy masowo udali się do urn mimo gróźb ataków terrorystycznych. A skutek był taki, że zwyciężyły ugrupowania radykalne, integrystyczne. Podziały religijno-etniczne pogłębiły się, a nie zmniejszyły.

Procesy demokratyczne, które narzucały Stany Zjednoczone w świecie arabskim, prowadziły do zwycięstwa partii integrystycznych. Te partie korzystają z procesów demokratycznych, ale ich kultura jest zaprzeczeniem kultury demokratycznej. Nie uznają tolerancji, pluralizmu, oddzielenia sfery sacrum od sfery profanum.

W Algierii na początku lat 90. wybory wygrała integrystyczna partia islamska. Zakwestionowanie wyników tych wyborów doprowadziło do wojny domowej. Stosunek Zachodu do tej sprawy był dwuznaczny. Z jednej strony to bardzo niedobrze, że przekreślono wyniki demokratycznych wyborów, ale z drugiej - mieliśmy laicki rząd i stabilność. To jest dramatyczny problem, to nie jest w żadnym wypadku cynizm. Nie żyjemy w świecie, gdzie istnieją tylko jedne wartości, które mamy realizować: wolność - demokracja - prawa człowieka. To świat podzielonych wartości i świat różnych interesów. I one się zderzają.

Jest jednak jedna wartość, która powinna być fundamentem każdej polityki zagranicznej. Powołam się na mojego znajomego, wybitnego politologa, a teraz kanadyjskiego polityka. Michael Ignatieff był jednym z licznych obrońców praw człowieka, którzy poparli wojnę w Iraku. On, w odróżnieniu od innych, złożył za to intelektualną samokrytykę. Tłumacząc, na czym polegał jego błąd, postawił problem prawdy i zdolności oceny rzeczywistości. To jest cnota numer jeden. To jest wartość nie tylko poznawcza, ale także moralna. Dramat iracki polegał na splątaniu fałszywych informacji, celowych kłamstw i manipulacji. Nawarstwiły się tam różne poziomy kłamstwa, które doprowadziły do dramatycznej decyzji.

Jest takie zdanie Orwella, które bardzo lubię: "Zobaczenie tego, co jest przed naszym nosem, wymaga stałej walki". Ta walka powinna być również podstawą polityki zagranicznej, realistycznej i moralnej. Gdy gestykuluje się w obronie wartości, trzeba też wiedzieć, jaka jest rzeczywistość. By ta gestykulacja miała przynajmniej jakiś sens i wpływ.

Madeleine Albright: 

Po pierwsze, nic nie jest proste w polityce międzynarodowej. Po drugie, w tej polityce nie można nie być elastycznym. Po trzecie, robi się to, co jest możliwe do zrobienia. I wreszcie po czwarte, trudno być Stanami Zjednoczonymi.

Dyskusja pomiędzy idealizmem a realizmem jest ważna. Ale to fałszywy podział. Nie umiałabym powiedzieć, kim ja jestem. Nazywam siebie idealistyczną realistką lub realistyczną idealistką. Kiedy robi się politykę, trzeba być jednym i drugim. Balon, żeby wystartować, potrzebuje powietrza. I to jest ten idealizm. Ale jeśli nie ma realizmu, który jest jak balast, nie polecisz nigdzie.

Demokracja to proces, nie skończony system. Nie zgadzam się z Aleksandrem Smolarem co do Hamasu. Jeśli bierzesz udział w demokratycznych wyborach, musisz przestrzegać reguł demokratycznych. Hamas za start w demokratycznych wyborach powinien zapłacić wpisowe. Tym wpisowym jest porzucenie przemocy. Nie zrobił tego.

Problem związany z demokracja jest taki, że ludzie oprócz głosowania muszą też coś jeść. Demokracja musi dawać im jakieś korzyści. A często tak się nie dzieje.

Dziwią mnie słowa Ławrowa - polityka, którego kraj pochował miliony ludzi w imię ideologii - o porzuceniu ideologii. To niemożliwe. Dziś mamy do czynienia nie ze zderzeniem cywilizacji, ale ze zderzeniem ideologii. Trwa walka na idee, w którą my, demokraci, musimy się włączyć.

Wierzę, że jesteśmy wszyscy tacy sami. Indywidualizm nie jest tylko zachodnim wymysłem. Większość ludzi na świecie pragnie samodzielnie decydować o własnym życiu. Jakim językiem mówić, jaką religię wyznawać, jaką pracę wykonywać, a także - jaki mieć rząd.

Demokracje muszą się wzajemnie wspierać. Ale to co innego niż narzucanie demokracji. Przeszkadza mi, że obecna polityka USA w Iraku zrobiła złą prasę demokracji. Niewielu, patrząc na Irak, powiedziałoby: chcę, żeby mój kraj tak właśnie wyglądał.

Następny prezydent powinien odnowić dobre imię demokracji w świecie. Bo demokracja to nie są dżinsy czy kawa rozpuszczalna, którą USA mogą po prostu wyeksportować do innego kraju. Demokracja to proces.


Źródło: Gazeta Wyborcza